Taki dzień…

Od pewnego czasu codziennie rysuję coś ot tak, dla siebie. Żaden z tego challenge, takie ćwiczenia bardziej. Dość mozolne, bo jak już trzeba usiąść przed kartką włącza się zaraz automat „a właściwie co? Nie mam pomysłu. Nie mam weny. Mam masę roboty”. I tym podobne.

Dlatego rysuję byle co i przechodzę dalej. Nie, żeby się podobało, tylko żeby było. Wychodzą różne potworki 🙂 Mam poczucie i przekonanie, że uczę się, nawet jeśli faktycznie wygląda tak, jak bym się cofała.

Kwiatki dla Was mam. O!

Sowa

Mała syrenka

Hej!

Mały update tego, co u nas 🙂

  1. Ćwiczę odcinanie pępowiny i wysłałam dziecko z zapaleniem płuc nad morze. Spokojnie, pojechał z babcią lekarzem, ale kosztowało mnie to masę nerwów (i kosztuje nadal).
  2. Poza tym zapalenie płuc chyba postanowiło zostać ze mną, więc muszę się troszkę podleczyć. Dla wtajemniczonych – inne badania w normie, więc szpital mnie nie chciał zatrzymać na dłużej. To baaardzo dobra wiadomość 🙂
  3. Na ukojenie macierzyńskich tęsknot – mała syrenka. Taka mała rada dla tych, co chcą być lepsi w rysowaniu. Kiedy nie idzie wam planowana praca, zróbcie coś zupełnie od czapy, czego nigdy wcześniej nie rysowaliście i nie przerywajcie, aż obrazek będzie skończony, nawet jeśli zupełnie się Wam nie podoba.  Na mnie to do działa i wychodzą czasem takie cośki 🙂

June – things to remember

Cześć!

Kilka rzeczy z czerwca, które chciałabym zapamiętać i się z Wami podzielić.

  1. O markerach już było, zacieszam się dalej, chociaż coraz bardziej dojrzewam, żeby przetestować na własny użytek BrushMarkery (Winston&Newton). Są jednorazowe w przeciwieństwie do Copiców, ale podobno mają super tusz i ładniej wyglądają na papierze. Może w przyszłości… 🙂
  2. Dalej szydełkuję w wolnych chwilach i głównie na placu zabaw, kiedy M. się bawi. Często tak spędzamy długie, letnie wieczory.
  3. Koniec roku szkolnego wart jest zapamiętania, ponieważ to był pierwszy koniec roku dla mojego syna. Pan M. występował w przedstawieniu, a kapelusz i ciemne okulary były bardzo ważnym rekwizytem :P.
  4. Moja pierwsza gra!!! Robiłam grafikę do gry na urządzenia mobilne i jestem z tego bardzo dumna. Taka gra to ogromnie dużo pracy wielu osób. Dzięki :). Zapraszam, jeśli ktoś jeszcze nie widział Reach For The Skies. Dajcie znać, jak się gra!
  5. Walizki. Kupiliśmy prześliczne błękitne walizy. Dla nas to trochę symbol zmiany. Wcześniej jeździliśmy z plecakami i krajowo. Teraz zamierzamy udać się trochę dalej. I już mam ciarki, bo będę pierwszy raz lecieć samolotem 😛
  6. W tym właśnie wyjazdowym celu nasz 5 – latek dostał dowód osobisty. Rany, ja musiałam czekać do osiemnastki 😛
  7. Chorowanie. Nieodłączny element każdego miesiąca. Zaczynam dochodzić do perfekcji i już coraz mniej panikuję. Na szczęście obyło się bez szpitala, choć mało brakowało.

Z perspektywy czasu te rzeczy zupełnie inaczej wyglądają i wspomnienia tracą na mocy. Chciałabym potrafić zachować te fajne momenty w niezmienionej formie.

Miłego dnia wartego wspominania Wam życzę 🙂

Markery Copic

Hej!

Padłam ofiarą rozprzestrzeniającej się po internetach epidemii markerów alkoholowych i te procenty mi bardzo odpowiadają.

Ich największą zaletą jest oszczędność czasu przy prostych szkicach, obrazkach dla przyjemności, projektowaniu itp (składają się na to niesamowicie łatwe mieszanie kolorów, pędzelkowa końcówka i ogromna paleta dostępnych barw).

Wadą – cena 🙁

Mnie do zakupu i wypróbowania zainspirowały filmy z kanału Zrobione z cukrem. Polecam, jeśli chcecie się dowiedzieć jakie są rodzaje, jak działają i ogólnie o co chodzi z tymi markerami. Ja nie będę się wypowiadać, bo dopiero zaczynam ich używać. Poza tym podstawowe dane są do znalezienia na stronie polskiego dystrybutora i całej masie filmów na YouTube.

Dla mnie jest to po części inwestycja, a po części burżujska przyjemność 🙂

Z góry zapowiadam. Będę teraz nimi próbowała rysować na TW. Nie mam zbyt dużo kolorów. Właściwie tylko te które widać na pierwszym obrazku ( #Cukier tak Cię widzę 🙂 )

Mój zestaw: E00, YR21, YR61, R21, E70, R02, R14, E47, E18, B00, B45, G24, BV31, V15.

Brakujące kolory zastępuję kredkami akwarelowymi (Mondeluz i Pentel + pędzelek na wodę Pentela). Świetnie to działa na bloku technicznym  ;P – taki mix był  w obrazku z Ramenem.

Inne rysunki z cyklu „zacieszam się nową zabawką”:

Markery Copic + czarny cienkopis Mocron 01 (Sakura, AP)
Markery Copic + czarny cienkopis Mocron 01 (Sakura, AP)
Markery Copic + czarny cienkopis Mocron 01 (Sakura, AP)
Markery Copic + czarny cienkopis Mocron 01 (Sakura, AP)

 

Kredki akwarelowe: Mondeluz (Koh-i-Noor), kredki Pentel, pędzel wodny Pentela. Markery Copic: YR21, YR61, R14 oraz biały żelopis Sakura
Kredki akwarelowe: Mondeluz (Koh-i-Noor), kredki Pentel, pędzel wodny Pentela. Markery Copic: YR21, YR61, R14 oraz biały żelopis Sakura

Ramen kontra mecz

Hej Kochani!

Lubicie Ramen? Jedliście kiedyś jakiś dobry? Może znacie fajną restaurację, gdzie można się delektować tym azjatyckim specjałem?

Tata Wilkołak jest niemal fanatykiem. Mecz Polska-Szwajcaria oglądaliśmy w naszej znajomej knajpce sushi właśnie przy ogromnej misce Ramenu z krewetkami.  To było bardzo udane wyjście i udany meczyk. Poza obsługą nie było nikogo – wszyscy zamawiali z dostawą do domu.  Mieliśmy dla siebie kilka telewizorów, pustą salę i pyszne jedzonko. Ja właśnie dostałam zamówione markery (o nich następnym razem), a TW był wdzięcznym modelem 🙂 Jeśli właśnie ktoś z Was zastanawia się co zrobiliśmy z dzieckiem to spokojnie, nic mu nie było. Banalnie – spędzał miło czas u babci.

Chyba nie publikowałam tu za bardzo rysunków odręcznych, więc czas nadrobić zaległości. Zmienia mi się też trochę sposób rysowania bo lubię sobie nadal poeksperymentować i cały czas czegoś nowego się uczę i nowe rzeczy mnie inspirują 🙂

Ram-mniam

Miłego dnia.

Tata Wilkołak o Ramenie

To ja coś od siebie dodam. Ramen jest super. To nie jest w zasadzie zupa, tylko danie jednogarnkowe. Mam spory apetyt, ale po zjedzeniu jednego jestem pełen. Choć oczywiście to może być kwestia miejsca, zdarzyło mi się spotkać porcje tak małe, że aż wstyd. Zresztą danie to w Polsce nie jest jakoś bardzo popularne, choć w suszarniach coraz częściej obecne. I nierzadko wtykane na siłę i bez pomyślunku. Ząbkowskie Mokuso Sushi (kryptoreklama) jest tu chlubnym wyjątkiem – konkretna ilość i bardzo przyjemny smak. Jak się ma do japońskich – niestety jeszcze nie sprawdzałem. Może kiedyś…

 

Selfie

TW: Selfie to trudna sztuka. Nie każdy powinien jej próbować. TW jest jedną z takich osób :).

A tak bardziej na serio – faktycznie ostatnio miałem podobną sytuację. Nie z typowym selfie – rzadko takie robię. Ale chciałem nagrać telefonem filmik. I jakoś tą maszynkę trzeba ustawić, żeby była w miarę stabilna, na właściwej wysokości i tak dalej. Jak się ma jakieś mocowanie, sprawy nie ma. Ja nie miałem. A raczej – byłem w posiadaniu statywu do aparatu fotograficznego, ale ten – jak sama nazwa wskazuje – pozwalał na zamocowanie aparatu fotograficznego. A nie telefonu.

W końcu udało mi się rozwiązać sprawę za pomocą wyżej wspomnianego statywu oraz spinki do włosów Kess. Wyglądało to dość głupio, ale najważniejsze, że – działało!

Filmik nagrałem. Nie był zbyt dobry.

A na przyszłość kupiłem kijek do selfie, który wyposażony jest w odczepianą końcówkę ze standardowym „fotograficznym” mocowaniem do statywu. Teraz mogę kręcić wideo jak profesjonalista!

Bul, bul, bul…

Macie tak czasem?

Młody sprzedał mi paskudnego wirusa. Umarłam.

TW: Od pewnego czasu w naszym domu panuje zaraza. Prawdopodobnie zaczęło się ode mnie. A konkretnie, kilka tygodni temu kiepsko się czułem, stan podgorączkowy i tak dalej. Brałem podstawowe leki, po dwóch dniach przeszło.

Niestety przeszło nie w ogóle, tylko na Pana M, u którego cała sprawa miała nieco bardziej dramatyczny przebieg. Skończyło się na antybiotykach a ciągnie – do dziś.

W międzyczasie, na skutek częstego przebywania w okolicach Pana M, zaraziła się Kess. Choroba objawiła się bólem wszystkiego, a w szczególności dróg oddechowych, szeroko pojętych. Wyjątkowo wredne mikroby zadomowiły się w jej organizmie i nie chcą sobie pójść. Wyganiamy je, czym się da, ale trzymają się, skubane, mocno.

Prawem Murphy’ego, teraz powinno wszystko wrócić do mnie. Choć mocno liczę, że jednak tak się nie stanie i pozbędziemy się zarazy na dobre…

 

 

My little Werewolf – Pony

TW: Cóż, przyszedł czas na kolejny coming-out.

Tak, lubię serial „My Little Pony”. Tak, oglądam go z moim synem. I co gorsza – tak, oglądam go również samodzielnie. Czasami.

Wiem, że to dość infantylna produkcja. Przeznaczona raczej dla dzieci płci żeńskiej,  w wieku do 10 lat.

I cóż… I don’t care.

Serio, kiedy wracam z pracy i jestem zmęczony (albo ekstremalnie zmęczony, różnie bywa), czasem jedyne, czego potrzebuję, to dawka infantylnego optymizmu.

Kess, jak można się domyśleć z komiksu, mojej pasji nie podziela. Skrycie się ze mnie śmieje, jestem tego pewien. Trudno. Życie byłoby smutne bez odrobiny dziecięcej radości. W tym przypadku dość mocno dziecięcej :).

Nie ukrywajcie się, wiem, że macie tak samo!

Najlepszy Eksperyment Ever!

Zaległy z piątku.

Właściwie, to dodawanie w jakiś konkretny dzień niezbyt mi wychodzi. Ostatecznie zamierzam dodawać coś, kiedy zrobię to, co będę chciała dodać. Niekoniecznie będę się zmuszać do wrzucania obrazków, kiedy nie będę miała weny.

To jest dowcip na poziomie 5 latka i właśnie takie rzeczy śmieszą Pana M. Nauczył się tego na pamięć i powtarzał z uporem maniaka. Jeśli to kogoś rozbawiło to widocznie młode macie poczucie humoru.  Mnie to bawi.

TW: A mnie to jakoś nie śmieszy. Może dlatego, że jestem bohaterem (nie)koniecznie pozytywnym tej historii. Cóż, każdy z nas ma swego mola, co go gryzie. Nie, żebym się jakoś przejmował, absolutnie! I tego będę się trzymał.

Ninja Christmas

Hej,

Mamy nowego mieszkańca w domu. Małe całe czarne chomiczydło.

Tym razem chomik syryjski. Mieszka z nami od września zeszłego roku i dalej spać nie daje. Zwierz przygarnięty z ogłoszenia. Wygląda tak:

k2

k3 k4 krecik-1

…i nie nazywa się Ninja tylko Krecik. Ninja to wykonywana profesja nie imię 🙂

TW na temat chomika:

Mały, czarny, spać nie daje. Trudno więcej powiedzieć 🙂 Ale spróbuję.

Czasami faktycznie myślę, że to ninja. W dzień trudno go znaleźć, bo ukrywa się przed nami z sobie tylko wiadomych przyczyn. Za to w nocy… idę do łóżka, sprawdzam, chomika brak. Kładę się, cisza spokój… I nagle „tur tur tur, trzask”! A jednak jest. Schował się skubany i tylko czekał na chwilę mojej nieuwagi.

A zabierać ciągle kołowrotek, jakoś niehumanitarnie. A raczej nierodentiarnie…

Współistnienie człowieka z naturą bywa kłopotliwe…