TW: Historia niepokojąco autentyczna.
Faktycznie, w niedzielę pierwszego czerwca pojechaliśmy z Panem M do pewnej podwarszawskiej miejscowości. Ba – miasta! I spodziewaliśmy się, że z okazji dnia dziecka natrafimy na jakieś uroczystości, gry, zabawy… Tak, jasne… Święto było, ale… w sobotę, trzydziestego pierwszego maja.
Co więcej – i gorzej – faktycznie, poszliśmy (ciągle w dzień dziecka!) na plac zabaw przy bloku dziadków. Bloku, i to nie jedynym, stoi ich tam kilka, każdy o wysokości dziesięciu pięter. A na placu zabaw byliśmy – sami. No, później przyszła jeszcze jedna dziewczynka.
Poczułem się nieco dziwnie. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy w międzyczasie nie nastąpił jakiś kataklizm, o którym zapomniano nas poinformować, ale chyba nie. Po prostu, taki mamy klimat.
Trochę śmieszno, trochę straszno…
